wtorek, 9 lutego 2016

Rzeczy, które kocham i nienawidzę w amerykańskich komediach.

Kto czytał poprzedniego posta (zachęcam) ten wie, że uwielbiam amerykańskie komedie (ogólnie filmy tejże produkcji).  Jako typowa kobieta, jak coś kocham to w sumie też trochę nienawidzę (dualizm rządzi). Oto moja subiektywna lista rzeczy, które uwielbiam i nie znoszę w komediach amerykańskiego pochodzenia.

Piękne, duże, przestrzenne domy, nawet jeśli bohater/bohaterka zarabia grosze.

Wiem, że u nich to wygląda inaczej, domy są tańsze, bo z dykty ble ble ble. Jednak  jako osoba, która lwią część życia spędziła mieszkając w bloku, w niewielkim lub średniej wielkości mieszkanku, najczęściej bez balkonu muszę przyznać: te wielkie domy to jakiś szczyt szczytów!



W Polsce mieszka 10 osób w 3 pokojach (pozdrawiam wszystkich studentów). W Juesej jedna, maks dwie osoby mają do dyspozycji miliard metrów kwadratowych.  Jeśli jest to rodzina to mają jeszcze ogromny ogród, basen i garaż na 15 samochodów.

To, że domy są dużo to jeszcze pikuś. Widzieliście jak są urządzone? Idealnie dobrane dodatki, kwiatki, ramki, świeczki. Ściany pasują do dywanów, a psy do telewizora.

Czy w USA w szkole przechodzą obowiązkowy kurs dekoratora wnętrz?

Ja kupię trzy ramki i dwie świeczki, a potem dwa lata chodzę dumna ze swojej pomysłowości.

Ludzie wyglądają idealnie, nie ważne co robią

Aktorka w dowolnym filmie się rozpłakała? Jej to nie przeszkadza w wyglądaniu jak milion dolarów.
Ja się cała zasmarkam, spuchną mi oczy tak, że widzę mniej niż nawalony chińczyk i cały tusz (rzekomo wodoodporny) spływa mi po policzkach. Co za tym idzie wyglądam jak jedno wielkie nieszczęście. (To znaczy bardziej niż na co dzień).

Ale kobieta, która właśnie straciła męża/dziecko/ dom/wszystko na raz wygląda dużo lepiej niż wtedy, gdy odkryję, że w domu jakimś cudem nie ma czekolady.

Kobieta urodziła? Jest wypoczęta, szczęśliwa i nie spocona. Długo wierzyłam (chciałam wierzyć?), że tak właśnie wygląda poród.

No i ci wszyscy sportowcy, którzy biegają po 1000 kilometrów i ładnie się spocą. Nie ma czerwonej twarzy, nie ma zadyszki, nie ma nawet oznak zmęczenia.

A my obwiniamy księżniczki Disneya i lalkę Barbie za nierealistyczne kanony urody.

Każdy zawsze, ale to ABSOLUTNIE  zawsze wie co powiedzieć

Nie należę do osób, którym brakuje słów. Czasem mam wręcz wrażenie, że posiadam ich więcej niż reszta społeczeństwa, a mimo to zdarza mi się „zatkać” w czasie kłótni.

Znacie ten wkurzający stan, kiedy dopiero kilka godzin po wymianie zdań wpadacie na GENIALNĄ ripostę? Jest ona tak wybitna, że szykujecie narzędzia do zbudowania maszyny do cofania się w czasie, nie po to by unicestwić Hitlera, ale po to by wrócić do tej właśnie kłótni i rzucić świeżo wymyśloną puentą.

W filmach wygląda to troszkę inaczej. Rzucają mądrymi, przemyślanym ripostami, które wgniatają w fotel. Czemu tak nie ma w prawdziwym życiu?

Wszyscy są odważni, zaradni oraz inteligentni 

Obejrzałam kilkanaście filmów szpiegowskich. Według nich: mężczyźni nie odczuwają strachu, zabiją w mgnieniu oka 30  przeciwników, a do tego mają czas i siły na rzucanie zabawnych komentarzy (nie wiadomo do końca do kogo).

Kobieto, nagle musiałaś stać się żołnierzem/szpiegiem / uciekinierką walczącą o swoje życie?

Żaden problem, jesteś w amerykańskim filmie. Zanim wyschnie ci lakier na perfekcyjnie spiłowanych i pomalowanych paznokciach będziesz wiedzieć wszystko, co wiedzieć powinnaś.

Mają na wszystko czas

Zdążą pobiegać, uratować świat i zapobiec apokalipsie zombie. I to wszystko przed śniadaniem i pójściem do pracy. Do tego ogromny dom jest wysprzątany, ubrania wyprasowane a projekt gotowy.

Wszyscy wiedzą, że tak się nie da żyć.

Kobiety biegają w szpilkach

Bardzo wysokich i bardzo ładnych, drogich szpilkach. Nie kołtunią im się włosy, nie rozpina rozporek, a każdy ciuch idealnie leży. Makijaż się nie rozmowa, paznokcie nie pękają, mają płaskie brzuchy, idealnie dobrane dodatki i brak sińców pod oczami.



Jak by krzyczały:

Kompleksy! Rozdaję darmowe kompleksy dla każdej z Was! Nie wstydzie się, dla każdego wystarczy.


A co Was wkurza/ co uwielbiacie w filmach i serialach? 

piątek, 5 lutego 2016

Dorastanie...?

Każdy z nas kiedyś dorasta. Niektórzy w wieku 15 lat, niektórzy w wieku 55. Mówi się, że niektórzy nie dorastają nigdy- kłamią; nie słuchajcie tych ludzi!

Z dorastaniem wiąże się jedno zjawisko- wyrastanie. I tak dziewczynki wyrastają z lalek i bajek na rzecz chłopaków,  a chłopcy z małych i tanich zabawek na duże i drogie. Z małych autek, którymi odbywają podróże po dywanie przechodzą do samochodów, które rozpędzają się do zdecydowanie za dużej prędkości.

Jest jedna rzecz z której moja osoba na  pewno nie wyrośnie. Są to głupie komedie amerykańskiej produkcji.


Wiecie czemu? Bo gdy cały dzień czytasz o różnych zaburzeniach psychicznych i ludziach mających na koncie przestępstwa najgorszego kalibru, a potem wracasz do domu i czekają Cię normalne problemy życia codziennego to masz ochotę na coś głupiego i zabawnego.

Z tego powodu nie oglądam dramatów- naczytam i nasłucham się o nich na studiach.

Stronię też od filmów wojennych- bo wojna toczy się każdego dnia i żaden film tego nie odda.

A komedia amerykańska? Humor niskiego lotu, dzięki czemu umysł ma chwilę rozrywki i odpoczynku po całym tygodniu.

Mają na uwadze powyższe oraz fakt, że moja siostra ma darmowe bilety do kina, wybrałam się ze wspomnianą siostrą (mam tylko jedną i to jest maksimum, które jestem w stanie znieść) na film „Co Ty wiesz o swoim dziadku?”.

Tytuł angielski „Dirty Grandpa”, co powinno być pierwszym sygnałem ostrzegawczym, ale go zignorowałam, bo to nie pierwszy, ani już na pewno nie ostatni film, którego tytuł został zeszmacony przez polskich tłumaczy.

Zachwycona Robertem De Niro po filmie „Praktykant”  (gorąco polecam) i „Joy” (Jennifer Lawrence- moja wielka niespełniona miłość) stwierdziłam, że dam szansę wspomnianemu filmowi.
Z założenia spełniał wszystkie wymagania:  głupia komedia, niezła obsada i trwa krócej niż dwie godziny.

Ostatnie kryterium wynika z faktu, że mam ADHD i usiedzenie w kinie dwie godziny  to jak by zabrać nastolatkowi  facebooka- na początku jest śmiesznie, potem nie wiesz czy śmiać się czy płakać.

Zanim przeczytacie dalej, looknijcie zwiastun (jeśli ktoś nie widział):



Do meritum: zmarnowałam 1 godzinę i 42 minuty życia (reklam nie liczę, bo wzbogaciły moje życie bardziej niż film). Mogłam w tym czasie robić cokolwiek np. wymiotować i było by to przyjemniejsze niż oglądanie tej „produkcji”.

W życiu nie siedziałam na żadnym seansie z takim wielkim zażenowaniem. De Niro gra dziadka, który dzień po pogrzebie swojej żony ma jeden cel: ruchać. Najlepiej coś młodego.  I Zac Efron jako prawnik- pantoflarz biorący ślub w bliskim okresie czasu, który mu to utrudnia.

I na tym opiera się cały film- ruchanie, bzykanie, słowem- seks. I nie są to żarty w stylu Amercian Pie. Ilość wiązanek i ich jakość zniesmaczyła by nie tylko szewca, ale całe ich zrzeszenie. Posuwające prostytutki, które też były by zniesmaczone.

Nie jestem cnotką, naprawdę. Nie czerwienię się na najczęściej używane polskie słowo, zaczynające się na „k”. Nie mam też problemu z seksualnością jako taką. Nie mniej ilość przekleństw i kiepsko pokazanej golizny (łącznie z penisem przy twarzy Efrona) przeszkadzała nawet mnie.  

Zastanawia mnie w którym z równoległych wszechświatów „co Ty wiesz…” można zostać uznany za zabawny. Śmieszniejsze było by już oglądanie schnących ścian (szczegóły tutaj).

Do kobiecej części czytelniczek: nie, klata Zacka nie była tego warta. Zdecydowanie.



Do męskiej części czytelników: tak, było dużo cycków. Nie, nie były godne uwagi. Serio, chłopaki, nie warto.

Wychodząc z kina interesowała mnie tylko jedna rzecz- ile De Niro dostał za tak szmirowatą rolę i ile w łapę dostał jego agent, żeby go do niej przekonać. Potem doszła do wniosku, że kwota jest nie ważna- żadna kasa nie wynagrodzi mu tego wstydu, który pewnie teraz odczuwa. 

Mogłabym tak pisać i pisać, ale się streszczę. Jeśli fanka takiego kina mówi, że nie warto- wierzcie na słowo i odpuście sobie „Dirty Grandpa”.

A tak po za tym to popcorn był niesmaczny- chyba przedwczorajszy.

Jak widzicie tego dnia przegrałam podwójnie.

czwartek, 21 stycznia 2016

Antyporadnik Walentynkowy,

czyli jak nie obchodzić Walentynek.

Zacznij od facebooka!

Jako, że według opinii publicznej i zgodnie z wszelką modą należy hejtować Walentynki już w styczniu. Po tym jak okażesz jak bardzo gardzisz kolędą („K+M+B =Koperta Musi Być”, no boki zrywać), księdzem, instytucją kościelną, bo to same pedofile i zboczeńce, czyli gdzieś tak od 14 stycznia (z przerwą 21-22 stycznia, żeby wyrazić swoją miłość do Babci i Dziadka) zacznij publikować posty i obrazki typu „W Walentynki walę drinki”. Jesteś teraz taki oryginalny!



Potem kampania społeczna

Ktokolwiek zapyta o plany na 14 lutego musi usłyszeć długą przemowę o tym jaki jest głupi i prosty, że bierze udział w komercyjnym święcie, a miłość należy okazywać codziennie, a nie jednego dnia w roku. Zapytany, kiedy ostatnio kupiłeś kobiecie kwiaty/ zrobiłaś coś miłego dla swojego chłopaka prychnij z pogardą i zmień temat- zacznij mówić, dlaczego nienawidzisz Dnia Kobiet. Przecież to święto jest symbolem uprzedmiotowienia kobiet!

Gdy druga połowa zapyta co robicie tego dnia

Nie zapomnij rzucić starym żartem że „klate i biceps”. Niech kobita wie, jakiego ma przy sobie macho! Ewentualnie powiedz, że „Zdzichu się rozstał z kobietą, przecież nie możesz go zostawić samego w takie święto”, ewentualnie „Kasia nie chce być już wolna, więc idziemy na singiel part. Oczywiście będę grzeczna hi hi”. Bo przecież ten dzień jest stworzony by spędzać go z każdym innym, a nie z chłopakiem/dziewczyną.

Przechodząc obok kwiaciarni czy sklepu z prezentami…

Nie zapomnij prychać z pogardą. Możesz też odwracać wzrok. Ciebie to nie dotyczy. 15 zł na drobny prezent to za dużo, przecież to tyyyyle piwa! A z resztą, kto by wyskakiwał z jednym kwiatkiem, lepiej nie dać nic.


Jeśli jesteś singlem…

… pamiętaj o motywujących obrazkach. Możesz je umieścić na tablicy Facebooka, Instagrama, Google plus, Tweetera. Możliwości są nieograniczone! Przecież jesteś sam/sama bo „Bóg trzyma dla Ciebie kogoś wyjątkowego”. A tak w ogóle to bycie samemu ma miliard plusów, a monogamia to dziwny wymysł ludzi, który jest sprzeczny z naturą.

W walentynki

Zintensyfikuj wszystkie powyższe działania. Jeśli jakaś para ośmieli się tego dnia zaręczy albo wrzuci zdjęcie ze wspólnego wyjścia skomentuj złośliwie. Niech wiedzą.

A teraz na poważnie

Wiem, że Walentynki to komercyjne święto. Przypominam, że mamy XXI wiek- każde święto  jest komercyjne. W Święto Zmarłych ludzie stoją na cmentarzach i sprzedają watę cukrową oraz hot dogi! Jeśli całe Internety, sklepy i wszechświat przypominają Ci o Dniu Matki, Dniu Babci, Dniu Kombatanta – wszystko jest ok. Natomiast Święto Zakochanych to dno i kilo mułu, ściągnięte z zachodu, które jakimś cudem się u nas utrzymało.
Jeśli każdego dnia robisz coś wyjątkowego dla ukochanej/ukochanego- super! Gratulacje.  Nie mniej dla reszta z nas, której czasem zdarza się zapomnieć jakie mają szczęście, że mają koło siebie Drugą Połówkę – zróbmy dla siebie chociaż w tym dniu coś wyjątkowego. Niech to będzie nawet drobiazg- pokażcie, że pamiętacie. Na pewno jej/jemu zrobi się bardzo miło.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Już za rok matura!

Niestety, ale żartowałam. Prawda jest dużo bardziej okrutna: już za pół roku obrona.

Aby się bronić trzeba jednak mieć co bronić. Napisać genialną pracę, znaleźć znajomych znajomych albo bardzo daleką rodzinę mieszkającą w Grenlandii, której się jeszcze nie badało (bez grupy badawczej ani rusz!) i używać bardzo mądrych słów takich jak akatyzja albo dysforia (wygooglujcie sobie, niech ten blog będzie chociaż trochę edukacyjny).

Wydawało by się, że osoba, która uwielbia słowo pisane, nie będzie mieć problemu z napisaniem pracy magisterskiej.

Wydawało by się, że osoba, która co najmniej raz dziennie używa słowa „psychologia” (serio, jestem gorsza niż „studenci prawa”), nie będzie mieć problemu z napisaniem pracy stricte psychologicznej.



Wydawało by się, że osoba, która mogła by siedzieć  w bibliotece po kilkanaście godzin (coś jak alkoholizm, tylko u mnie jest „Kierowniczko, jeszcze jedna książka na krechę! To już ostatnia” „Nie! Przeczytałaś już dziś 3, idź się leczyć”), nie będzie mieć problemu z napisaniem pracy opartej o literaturę przedmiotu.



Cholera, tego się nie spodziewałam.

Pojechała do biblioteki. Z notatkami, laptopem, listą książek (ostatnio szukałam książek 3 godziny i wyszłam z naręczem książek, żadna nie stała nawet obok mojego tematu) i masą samozaparcia.

Po przesiedzeniu w uczelnianej bibliotece przez 5 godzin bilans wyglądał mniej więcej tak:
- wypełniłam 6 ankiet studentom, którzy szukali ofiar w tymże skromny przybytku (że też sama na to nie wpadłam!),
-pół godziny patrzyłam się na pustą stroną Worda, która patrzyła się na mnie prześmiewczo i z pogardą,
- ucięłam sobie bardzo miłą rozmową z panią z biblioteki (nie udało mi się wypożyczyć więcej książek, ale pogratulowałam jej asertywności)
- zgłodniałam, więc poszłam szukać miejsca, gdzie dają jedzenie,
- zwiedziłam WSZYSTKIE toalety w budynku, żeby ustalić, która podoba mi się najbardziej,
- usunęłam wszystko co napisałam do tej pory, bo stwierdziłam, że mi się jednak nie podoba,
- rozpaczałam nad tym, jakie mam ciężkie życie.

Kiedy po 4 godzinach nadal nic nie miałam postanowiłam, że czas pogodzić się z porażką.
Wzięłam pierwszą książkę z brzegu i ją sobie poczytałam. Przez dwie godziny. Była o roślinach strączkowych.  Całkiem ciekawa, ją też wypożyczyłam.


Za tydzień robię kolejne podejście. 

piątek, 8 stycznia 2016

Dlaczego nie znajdę męża w 2016 roku?

Powstała masa śmiesznych wydarzeń odnośnie tego, kto co zrobi w 2016 roku. („W 2016 roku zarucham z miłości”, serio? To słodkie, że jeszcze wierzycie w miłość w XXI wieku). Mnie najbardziej urzekł ten o znalezieniu męża/ żony, który stał się praktycznie darmowym portalem randkowym.

W naszych czas w Internecie można znaleźć wszystko: od przepisu na bombę wodorową, poprzez oświecone treści wyznawców Kościoła Latającego Potwora Spaghetti , po właśnie męża/żonę. Gdybym nie była szczęśliwe i długotrwale zakochana pewnie dla zabawy sama bym wzięła w czymś takim udział. A że nienawidzę, gdy ktoś kłamie, sama musiałabym napisać prawdę o sobie. Więc mój post wyglądał by mniej więcej tak.

Dlaczego warto brać ze mną ślub w 2016 roku?

 Bo posiadam wszystkie cechy dziewczyny idealnej!

Jestem bardzo zabawna. W przypadku gdy się nie stresuję. W nerwach i podczas wystąpień publicznych jestem Królową Sucharów. Nie śmiesznych sucharów. Najsuchszych z suchych sucharów. Strasburger to przy mnie ten długi, chudy ziomek z Ani Mru Mru.


Jestem ładna. No może nie ja, ale mam dużo ładnych koleżanek. I oglądam modelki w telewizorni. To się też powinno liczyć!


Jestem słodka. Jem tyle czekolady, co średniej wielkości państwo, więc słodycz mam we krwi. Dosłownie. Wedel skupuje ode mnie cukier, bo taniej wychodzi.


Sprzątam. Jak mają wpaść rodzice  albo inni goście. A i w trakcie sesji, ale kończę niedługo studia, więc ta opcja też odpadnie.


Jestem człowiekiem czynu! Najczęściej coś zrobię, a dopiero potem pomyślę. Czasem trwa to nawet kilka dni.


Będziesz mógł wychodzić na piwko/mecze z kolegami. I oczywiście ze mną. Przecież chcesz spędzać ze mną cały swój czas? Jeśli nie wiedziałeś tego wcześniej, to teraz już wiesz.


Ekonomiczność to moje drugie imię. Tosty i płatki śniadaniowe to podstawa mojej diety, a McDonalds to moja ulubiona knajpa.


Jestem szczupła i wysportowana. Tzn. kiedyś na pewno będę. Przecież to moje postanowienia noworoczne!! Słyszałeś, żeby ktoś kiedyś nie dotrzymał postanowienia noworocznego?


Mam dużo przyjaciół. Wymyślonych co prawda, ale za to wiernych.


W ogóle się nie maluję. Porzuciłam nadzieję, że coś sensownego da się ze mną zrobić. Ten statek dawno odpłynął.


Ze mną na pewno nie będziesz się nudzić. Cały czas będziesz wysłuchiwać narzekania. I odgłosu chrupania czekolady. 


Bywam w kuchni. W celu zrobienia sobie herbaty i tostów. 


Niestety Panowie, tak jak pisałam na początku- jestem zajęta. Mimo tych wszystkich "zalet", ktoś wytrzymał ze mną ponad dwa lata. Szczęściarz z niego, prawda?

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Czego nauczył mnie wyjazd do Krakowa?

W pewnym momencie swojego życia masz wrażenie, że wszędzie się już było i wszystko widziało. Nic bardziej mylnego! Człowiek naprawdę uczy się całe życie.

Zacznijmy od samej podróży.

Nawet zarząd Pendolino nie wierzy w ukulturalnienie krakusów. Porzucili nadzieje. Może grozili im maczetą? Nie wiem. Fakty są takie: wsiadamy w Gdyni w „PKP Premium” (zęby w ściane przez miesiąc, ale trudno się mówi), a w całym pociągu leci muzyka klasyczna. Pociąg rusza- muzyki nie ma, postój na stacji- słychać Chopina czy też innego Mozarta. Zatrzymujemy się w Krakowie- muzyki brak. Droga powrotna- ta sama sytuacja.

Jedzenie w Pendolino jest dobre. Chyba, że masz kaca. Wtedy jest bardzo dobre. Serio, sami byliśmy zdziwieni.

W  XXI wieku w najnowocześniejszym pociągu w Polsce nie ma wi-fi. Nauka ruszyła do przodu: wysyłamy sondy w kosmos, modyfikujemy genetycznie pomidory, klonujemy psy i inne stworzenia,  ale  wi-fi w pociągu to za duże wyzwanie.

Atrakcje w miejscu urodzenia Stanisława Wyspiańskiego

Manufaktura czekolady w Krakowie to najlepsze miejsce na świecie! Bardzo miła, energetyczna obsługa (ciężko mieć zły humor, pracując w takim miejscu). Raj dla wszystkich czekoladoholików!









Kraków – miasto, które liczy prawie 760 lat, jest drugie pod względem wielkości w Polsce oraz posiada masę pięknych i ciekawych zabytków żałuje na porządny pokaz fajerwerków.  Zgodnie z planem pocałowałam Mojego Ziomeczka przed północą (gdy ludzie krzyczeli „5!”), a skończyłam na „uuuuu”. Odwracam się, zobaczyłam 3 fajerwerki i koniec. Rozglądam się i  rozglądam, może nagle przenieśli imprezę? Panie Prezydencie Majchrowski- next time nie płać Pan Prokopowi, tudzież innej Steczkowskiej, tylko zrób Pan porządny pokaz! A jak Pan nie wie jak ma wyglądać, zapraszam do Gdyni.

Dwadzieścia pięć minut przejazdu dorożką kosztuje 100 zł. Nawet mój romantyzm ma swoje granice.

Jestem stara. Kupując 31 grudnia bilety na Wawel usłyszałam od Pani, że to ostatni dzwonek, bo jutro musiałabym kupić bilet normalny, a nie jak od kilkunastu lat ulgowy. Tak, mam 26 lat. Kiedy to się stało? Gdzie moje zniżki?! Uczcijmy je minutą ciszy.

1 stycznia kupisz klina, ale leków ani papieru toaletowego już nie. Wszystkie sklepy typu alkohole otwarte, wszystkie restauracje również (chociaż chodziliśmy ponad 30 minut zanim znaleźliśmy taką w której było miejsce i ceny nie z kosmosu), ale apteki pozamykane- dopiero 6 była otwarta, a za papierem moim współtowarzysze chodzili 45 minut.

Żeby nie było, że marudzę - Kraków bardzo mi się podobał. Miasto jest piękne, zadbane i pełne turystów! Nie było kogo o drogę zapytać, bo każdy mówił: „ja też nie stąd” albo w innym języku. Serio, więcej tam turystów zagranicznych niż polskich. Gdyby było mnie stać na wyjazd za granicę na pewno wybrałabym Hiszpanię, albo innej miejsce, gdzie temperatura jest na plusie. 


P.S. Podobno sen, który śni się pierwszej nocy w nowym miejscu spełni się. Mi się śniło, że miałam 10 szczeniaczków rasy labrador. Od 3 dni jestem już w Gdyni. Gdzie są moje szczeniaczki ja się pytam?

P.S. 2 Wiem, że na zdjęciu jest mniej niż 10 szczeniaczków- powodzenia z szukaniem takiego zdjęcia w internecie. Najwyraźniej nikt nie jest w stanie znieść tyle radości na raz.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Plany noworoczne

Nowy rok, nowa ja?

Tylko dlaczego mam się zmieniać? Co we mnie jest nie tak?

Kilka rzeczy by się znalazło- szepcze mały, złośliwy i wredny głosik w mojej głowie. (Moja osobowość?)

Problem jest chyba w nazewnictwie. „Postanowienia” brzmią dość obligatoryjnie. I lekko przerażająco szczerze mówiąc.

W tym roku żadnych postanowień. Tylko "plany”. Plany są mniej wiążące, więc dużo bezpieczniejsze. Plany mogą się spełnić, ale nie muszą.

Jakie plany mam na przyszły rok?

Przestanę wyjadać Marcinowi z talerza. Teoria, że wtedy wszystkie zjedzone kalorie idą na jego konto okazała się nie potwierdzona. Nie tak łatwo oszukać system.

Napiszę książkę. Tak w sumie to już trochę piszę. Planu ciąg dalszy- zarobię na niej miliony i nie będę musiała pracować do końca życia.

Przestanę oglądać seriale. W takiej ilości. Postaram się oglądać mniej. Odpuszczę chociaż jeden, który absolutnie NIC nie wnosi do mojego życia.

Będę bardziej systematyczna.  No dobra, ten plan jest raczej w kategorii „Pomarzyć każdy może”.

Schudnę. Może, kiedyś. Od stycznia nie opłaca się zaczynać. Lepiej od marca- presja czasu działa motywująco.

Pięć wystarczy. Rok ma tylko 12 miesięcy, nie szalejmy.

W planach jest też rozwój niniejszego bloga. Będzie nowa strona. Założę fanpage na fb.
Może nawet ktoś polubi?            
                                    
Lubię tą niepewność, którą czuję zawsze przed 31 grudnia. Co przyniesie przyszłość? Biorę wszystko!

Tylko nie dodatkowe kilogramy.


Szczęśliwego, nowego roku!